Szlakiem stolic

Lokalne media o tej podróży

W tym roku naszą podróż rowerową „Szlakiem stolic” rozpoczęliśmy 28 czerwca. Wyruszyliśmy w lekko zmienionym składzie w porównaniu do poprzedniej wyprawy „Dookoła Polski” – tylko ja i mama, co było nie lada wyzwaniem ze względu na to, że był to tak daleki wyjazd za granicę bez większego przygotowania. Po tak długiej przerwie w jeździe ze sporymi bagażami musieliśmy się na nowo do nich przyzwyczaić. Nie było to łatwe, ale nam się udało, mimo że ukształtowanie terenu, głównie w Czechach, nie ułatwiało nam zadania. Wiedzieliśmy również, że ceny noclegów za granicą, zwłaszcza w Austrii, są o wiele wyższe niż w Polsce, więc przygotowaliśmy się na pewne rozwiązanie tego problemu – spanie „na dziko”. Zabraliśmy ze sobą namiot, a także małą kuchenkę gazową i kilka niezbędnych akcesoriów, takich jak składane miseczki czy kubki, a nawet noże do obrony przed „uchodźcami”. O planach załatwienia pozwolenia na broń palną nawet nie będę wspominał… :-) Ciekawym elementem naszego pożywienia na trasie bez wątpienia stały się „zupki chińskie” oraz moje ulubione, jak ja je nazywam, „prochy”, czyli elektrolity, węglowodany i taki biały proszek, po którym jestem radosny… :-) Mama po kilku dniach zrezygnowała z ich stosowania i oddała mi swoją część – nie byłem zbytnio zasmucony tym faktem :-) Z takich legalnych rzeczy to wzięliśmy jeszcze sporo batonów oraz konserw. Muszę również wspomnieć o naszej pechowej nawigacji… W tamtym roku działała bez problemu, a po wielu aktualizacjach zaczęła się wyłączać co kilka minut, co było bardzo dużym problemem, zwłaszcza w tych największych miastach, ale o tym później. Pierwszy dzień, jak to zwykle bywa, był jednym z najcięższych podczas całej podróży. Pomyłka nawigacji - doprowadzenie nas do drogi ekspresowej, po której nie mogliśmy jechać - zmusiła nas niestety do o wiele trudniejszej trasy zastępczej. Nawet brzydka pogoda przestała nam wtedy przeszkadzać, która uległa całkowitej zmianie w późniejszym czasie. Dopiero drugiego dnia dotarliśmy do Pragi, przed którą, tym razem przez moją nieuwagę, straciliśmy cenny czas, ponieważ poprowadziłem dłuższą trasą bez włączonej nawigacji. Przejechanie centrum stolicy Czech rowerem w godzinach popołudniowych i to drogami porównywalnymi do autostrad zostawiam bez komentarza… :-) Zajęło nam to ponad 3 godziny. Było to dość „ciekawe” przeżycie – nie polecam jednak jechać z bagażami trzypasmową drogą, no, chyba że weźmie się coś wcześniej podobnego do mojego białego proszku :-) Dlatego mama w pewnych momentach szła chodnikiem, a ja mijałem samochody, które stały w ogromnych korkach :-) Ostatecznie udało nam się stamtąd wyjechać. Kolejne dni były wędrówką w głąb Czech. Sporym zaskoczeniem dla nas okazały się liczne, niezbyt długie, ale wyczerpujące podjazdy, które potrafią zniechęcić do dalszej jazdy z bagażami, ale nie nas! :-) Niestety tutaj pojawiły się pewne problemy… Zmusiły nas one do późniejszej zmiany trasy wyprawy. Na południu Czech dopadły nas pierwsze upały, które nasilały się z każdym dniem. Ciekawym przeżyciem okazał się nocleg na granicy czesko-austriackiej – dosłownie ! :-) Rozbiliśmy namiot za nieużywanym już do kontroli przejścia granicznego budynkiem. Akurat tej nocy na granicę podjechały dwa czarne, „podejrzane” samochody, przed którymi, tak dla bezpieczeństwa, woleliśmy się ukryć i bardzo cicho zachowywać, żeby nas nie zauważyli :-) Przeżyliśmy! Zrobiliśmy rano pamiątkowe zdjęcia na przejściu granicznym i wyruszyliśmy dalej, w kierunku Wiednia. Po drodze, a dokładniej w miejscowości Hollabrunn, mieliśmy „bliskie spotkanie” z uchodźcami, których mama tak bardzo się obawiała. Na całe szczęście nie było wśród nich chyba żadnego terrorysty :-) Następnego dnia dotarliśmy już do Wiednia, w którym to zmieniliśmy trasę naszej wyprawy. Na pochwałę zasługują z pewnością tamtejsze ścieżki rowerowe oraz kultura jazdy kierowców. Nie licząc męczących upałów, przejazd przez Austrię zapamiętamy jako bardzo pozytywne przeżycie. Warto też wspomnieć o mojej kolejnej wpadce, a nawet dwóch… Nie patrząc na znaki zakazu ruchu oraz słynne „Umleitung” („Objazd”) wjechaliśmy dwa razy w nieprzejezdną drogę. Za pierwszym razem, gdy zobaczyliśmy świeżo wylany asfalt, po prostu zawróciliśmy bez większych konsekwencji, a za drugim… szkoda słów… :-) Powiem tylko, że od tego momentu przestały mi działać niektóre biegi i tylny hamulec… Jeszcze tego samego dnia przybyliśmy do stolicy Słowacji – Bratysławy. W poszukiwaniach noclegu pomógł nam pewien bardzo miły Słowak. W końcu przydał się na poważnie język angielski :-) Siódmego dnia podróży wyruszyliśmy w kierunku Budapesztu. Nasza trasa prowadziła drogą rowerową wzdłuż Dunaju – jeden z najpiękniejszych odcinków. Nie obyło się także bez błędów nawigacyjnych, ale daliśmy radę w końcu wyjechać na główną drogę. Dojechaliśmy do węgierskiej miejscowości Komarom, gdzie znaleźliśmy pole namiotowe. Jak się rano okazało, rachunek wyniósł… około 120 złotych… i weź tu się w tym języku dogadaj :-) Gdy znaleźliśmy się już w stolicy Węgier, byliśmy zachwyceni Dunajem i otaczającymi go słynnymi zabytkami. Na dodatek znajdują się tam bardzo dobre ścieżki rowerowe. Po porannym przejeździe przez Budapeszt wyruszyliśmy w kierunku Słowacji, w której to mieliśmy następny nocleg – jeden z kilku „na dziko” przy drodze :-) Kolejne dni to wędrówka przez Słowację i Czechy. Pogoda nie chciała nam zbytnio pomóc. Momentami wiatr praktycznie zatrzymywał rower, a temperatura osiągnęła chyba maksymalną wartość… Na całe szczęście nie zniechęciło to nas do dalszej jazdy. Trzynastego dnia przybyliśmy do Polski, a dokładniej do Kietrza. Po wcześniejszym kontakcie z Panem Pawłem mogliśmy się u Niego przenocować, a nawet zrobić dzień wolnego :-) Po sporej dawce odpoczynku postanowiłem, że spróbuję dojechać stamtąd do Mirska w jeden dzień, a mama wróci samochodem z tatą, który wcześniej do nas tam przyjechał. Jestem zbyt zawzięty, żeby przepuścić taką okazję ustanowienia swojego nowego rekordu :-) Z pomocą rodziców, którzy dostarczali mi pożywienia, udało mi się dotrzeć do Mirska – 301 km w nieco ponad 13 godzin. Cała wyprawa przebiegła pomyślnie, mimo zmodyfikowanej w trakcie trasy. Przejechaliśmy 1501 km w 15 dni, w tym 1 dzień wolnego.


DzieńTrasaDystans [km]Czas [h]
1Mirsk - Duba1157:40
2Duba - Ladvi1037:20
3Ladvi - Rynarec877:00
4Rynarec - Vratenin754:50
5Vratenin - Hollabrunn623:50
6Hollabrunn - Bratysława1136:50
7Bratysława - Komarom1197:10
8Komarom - Budakeszi825:30
9Budakeszi - Gbelce986:20
10Gbelce - Sered916:10
11Sered - Valasske Klobouky1196:10
12Valasske Klobouky - Fulnek824:40
13Fulnek - Kietrz542:50
14---
15Kietrz - Mirsk30113:20
Logowanie
Nazwa użytkownika
Hasło
AntySpam
6 + = Sto
Rejestracja
Nazwa użytkownika
Hasło
Potwierdzenie hasła
AntySpam
6 + = Sto
Informacje kontaktowe
Mail
kontakt@dominikkulaga.pl
Telefon
+48 720 578 921
Facebook
dominikkulaga1999
Instagram
dominikkulaga1999